iWoman.pl iWoman.pl

przejdź do listy blogów przejdź do serwisu

LogowanieRejestracja

cena za marzenia

 Czy za spełnione marzenia trzeba zawsze oddać haracz?I komu się go płaci?... pomyślałam sobie oglądając wiadomości z Karakorum.

Zaledwie przedwczoraj ogarnęła nas wielka radość, że nasi himalaiści zdobyli Broad Peak a już wczoraj rano na dzień dobry straszyły nas informacje o tym, że dwóch z nich nie dotarło do bazy.

Nie jestem jakąś napaloną fanką sportów ekstremalnych, wręcz przeciwnie, ale jest mi smutno. Nie rozumiem ludzi, którzy wybierają takie hobby, którym ryzykują życie, choć ich podziwiam. I nie chodzi o to, że przezwyciężają w ten sposób ludzkie słabości, bo przecież można to robić w inny sposób. Bardziej bezpieczny. Nie wiem tak naprawdę po co się robi takie rzeczy. Przecież gdzieś w tyle głowy trzeba mieć poczucie, że to się może skończyć źle.Nie umiałabym świadomie ryzykować własnym życiem również ze względu na miłość moich bliskich  i szacunek do nich.

No cóż, jestem człowiekiem z cykorem za koszulą.

Nie potrzebuję adrenaliny, by żyć bardziej.

Wolę zdobywać wiedzę, czytać książki, poznawać interesujących ludzi, zwiedzać świat.

Najbardziej ekstremalnym przeżyciem jakie sobie zafundowałam było nurkowanie w Morzu Czerwonym podczas jedynych w moim życiu wakacji All Inclusive w Egipcie. Zapisaliśmy się na rejs statkiem z nurkowaniem. Poprzedniego dnia odbyliśmy 30 minutowy kurs nurkowania w hotelowym basenie.

Rejs był przyjemny, ale ja od wejścia na statek byłam tak zestresowana jak przed maturą albo nawet bardziej. Bałam się nieznanego. Bo ja bardzo nie lubię nieznanego, zawsze podejrzewam, że może być ono nieprzyjemne. Najchętniej bym zrezygnowała, ale było już wszystko opłacone, więc 50 dolarów szlag by trafił, czego Gepardieu oczywiście by nie przeżył. Drżąc ze strachy założyłam piankę i całe ciężkie oprzyrządowanie. Zeszliśmy do morza we trójkę: ja, Gepardieu i nasz włoski Instruktor, notabene niezwykle przystojny, ale wtedy jakoś wcale nie podnosiło mnie to na duchu.

Trzymając się za ręce, weszliśmy pod wodę. To było najdłuższe 25 minut w moim życiu. Butla z tlenem zjeżdżała mi na głowę, mocno ściskałam dłoń Gepardieu, a od kurczowego zaciskania maski w ustach dostałam szczękościsku. Tak bardzo się bałam, że nie mogłam się skoncentrować na kolorowych rybkach, roślinności i całym tym szajsie, co to jest na dnie. Koncentrowałam się na sobie i z niecierpliwością oczekiwałam końca tej eskapady. Nad nami zalegała niewyobrażalna ciemność, martwiłam się jak uda nam się wypłynąć obok statku.Myślałam o Tajgerze, który został na nim pod opieką znajomych. To było straszne. Więcej tego nie popełnię.  

Wracając do zaginionych himalaistów, których los już prawdopodobnie został przesądzony, myślę sobie, że za zbyt wygórowane [ech, jak to brzmi w tym kontekście!] marzenia trzeba zapłacić. Różną walutą: czasem  utratą  zdrowia, czasem rozpadem małżeństwa. Nie jestem pewna czy są takie marzenia, w imię których spełnienia chciałabym umrzeć. Nie znaczy też, że ich nie mam lub są przez to gorsze. Moje marzenia skroiłam na swoją miarę.

Oni zapłacili własnym życiem. Przepłacili.

Mam jednak nadzieję, że choć przez chwilę  poczuli tę niewysłowioną słodką radość, satysfakcję i dumę, że są na szczycie, że dotknęli stropu nieba.

Niezdobyty dotąd zimą dumny Broad Peak policzył sobie podwójną stawkę..........

 

Komentarze (1)
moje życie to nie komedia romantyczna*...

 Żadnych cudownych zbiegów okoliczności jak w powieściach dla przerośniętych nastolatek, które mimo upływu lat, nowych zmarszczek na twarzy i opon na biodrach ciągle naiwnie wierzą w szczęśliwy fart.

Moje nowe życie to, oprócz satysfakcji ze studiowania, walka ze wszystkimi Księgowymi w mojej rodzinie. Bo każdy z nich ma swój scenariusz na moje bezrobocie. A żaden z nich nie wierzy, że znajdę pracę w mediach zanim skończą się pieniądze.

Teściowa - księgowa z charakteru i zawodu nie uważa dziennikarstwa za pewny fach, no chyba, że pracuje się w TVN albo w Vivie i jest się na okładkach Twojego Stylu albo przynajmniej Party. Zapewne mój wybór pochwali dopiero wtedy, gdy otrzymam nominację do Telekamery. Moje  studiowanie uważa, oczywiście za fanaberię, co innego gdybym uczyła się ekonomii, albo założyła własny biznes i jak ona dołączyła do klanu kioskarzy! Ale nie dla mnie kariera Wokulskiego, nie dla mnie małe i średnie przedsiębiorstwa. Ja umiem tylko pisać. 

Kto zrozumie poetę?

Kto poda mi skrzydła?

Niech mi przynajmniej ich nie ucinają........taką małą mam prośbę i wytrwale pozostaję przy swoim. Osobna w swych marzeniach i planach. 

Gepardieu, podburzany przez królową matkę, ma już dosyć mojego bezrobocia. Spowszedniały domowe obiadki i wypucowane krany w łazience.Najważniejsze stały się kwestie braku zdolności kredytowej i  na wszelkie sposoby próbuje mi zorganizować płatne zajęcie: choćby i wychodzenie z psami sąsiadów, a może opieka nad niemowlęciem znajomych? Aż dziwne, że jeszcze mi nie zaproponował posady w Biedronce za płotem osiedla.

A ja co? A ja cierpliwie wysyłam cv na staże do redakcji i wierzę, że w końcu osiągnę, to czego pragnę. Z nim albo bez niego.Trudno.

 

 

* a swoją drogą film o tym tytule serdecznie polecam, dobre francuskie kino na poprawę humoru:)

 

Komentarze (0)
geek

Nie ma mnie.

Zakuwam do sesji.

Naczelna zasada brzmi: nikt nie będzie miał średniej lepszej ode mnie, bo ja po prostu jestem biznes klasa ;)

Co gorsza, bardzo mi się to życie naukowe podoba, to szperanie po książkach, wyszukiwanie.Cisza, która wokół mnie zalega, przepełniona głową wiedza.

Przerażenie mnie ogarnia na samą myśl o pracy, bo kiedy ja bym się uczyła? Po nocach chyba, jak mroczne widmo jakieś, bym siedziała....

A satysfakcja nie do opisania. Na historii powszechnej mam zakaz odzywania się, no chyba, że nikt inny nie wie, to wtedy pan doktor łaskawie głosu mi udziela ;) Toteż z egzaminu zwolniona jestem z oceną bardzo dobrą. Angielski w grupie zaawansowanej na cztery z plusem zdałam i będzie to moja najgorsza ocena:)

Mówią o mnie w mieście co z niej za prymuska. Ale ja się z tym nie zgadzam. Jestem po prostu niegroźny freak:)

 

 

 

Komentarze (0)
wszystko, co najważniejsze

Lubię ten stan zadowolenia, jaki mnie ogarnia gdy kończę esej. Nie umiem dobrze tego ubrać w słowa, bo jest to coś  na pograniczu poczucia dobrze spełnionego obowiązku i orgazmu jednocześnie ;)Taki mój lokalny kosmos.

Jest szczypta dumy. Jest euforia. 

Lubię ten stan. Chcę go więcej.Chcę go częściej.

Choć początek jest trudny. Bywa, że długo czekam na słowa, które nie nadchodzą, a które raz napisane uwolnią lawinę pozostałych.

Nagle wszystko przestaje mieć znaczenie. I bałagan i głód i pragnienie. Potrzebuję tylko ciszy i skupienia. Szukam inspiracji w muzyce, w książkach, w Internecie.

Czekam.

Nie boję się, bo wiem że zaraz je znajdę. Jeszcze nigdy mnie nie zawiodły.

Kocham pisać. Nie mowić, nie mizdrzyć się w TiVi, czy radio, odnajdywać słowa, które staną się naocznie nieśmiertelne.

Gdybym była taka cierpliwa do męża i syna jaka jestem do słów, byłabym oazą spokoju, a życie ze mną nie odbijałoby się nikomu czkawką.

Dlatego czasem sobie myślę, że powinnam zrezygnować z życia w stadzie.Tak jak Osiecka.

Może byłoby mi mi lepiej. I im też.

 

Komentarze (2)
zara, zara, gdzie ta promocja?

Z okazji posiadania dość dużej ilości czasu postanowiłam zrobić tournee po warszawskich wyprzedażach. Na tę okoliczność odwiedziłam kilka popularnych sieciówek, gdzie rozochocony tłum ludzi atakuje przymierzalnie i kasy. Po godzinie byłam zmachana, zniechęcona i bez ani jednej rzeczy w ręku, którą chciałabym kupić. 

Przecenione rzeczy są albo brzydkie albo za małe albo za duże [ najpopularniejszy rozmiar to 34 i 44], wszystkie zaś wyglądają jakby je ktoś psu z gardła wyciągnął. Ich ceny są tak atrakcyjne jak kasjerka w tesco i zwielokrotniają podłe wrażenie, że ktoś chce mnie nabić w butelkę. No, bo nie wierzę, że szmatława bluzka z Zary gdzie nie wiadomo jest gdzie ma przód a gdzie tył, która być może na początku sezonu była czarna, ale teraz nie jest, kosztowała 159 złotych. A w ramach wyprzedaży łaskawie została przeceniona na 79,00! Biorę toto w rękę, dotykam, oglądam i nijak nie pojmuję, jak można coś takiego kupić.

Ale magia nazwy robi swoje! Skoro w Zarze ubiera się księżna Cambridge i jej siostra, to przecież,  coś to musi znaczyć! One się nie mogą mylić, więc tłum panienek w przedziale wiekowym na oko od 15 do 55 lat krąży po sklepie jak w amoku i nabywa niby bluzki, niby spodnie po cenie z kosmosu, jak dla mnie. No, tak ale ja bezrobotna jestem, grupa to dość niereprezentatywna i żaden target market dla takiej Zary, Re czy H&M. Mnie nie stać na drogie szmatki, które za rok rozpadną mi się podczas prania. Nie stać mnie na liche rzeczy!

Gdzie się podziały prawdziwe promocje?

Okazje, których nie można odpuścić?

Rzeczy na widok których pomyślałabym: a pierdolę, jadę w debet i kupuję!

Nie ma. Nie ma. Nie ma.

Ale przyzwoite rzeczy widziałam w croppie i diversie - obkupiłam tam Tajgera solidnie.W innych sieciówkach czułam się dziś jak w szmateksach albo na wyprzedaży ciuchów z pojemników PCK.

W związku z tym nie wydałam ani grosza.

Mój księgowy będzie ze mnie dumny! Może mnie zabierze na prawdziwe sale do Londynu, Paryża lub Wiednia????

;)

zdjęcie pochodzi z http://metromsn.gazeta.pl/Portfel/1,126512,12062169,Wyprzedazowe_triki_sklepow.html

 

 

Komentarze (5)
1 | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 | 7 | 8 | 9 | 10 |